Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Brand New Day
7.9
/10
2,459 ocen
2026
145 min
Wydany
Walcząc z przestępczością w Nowym Jorku, który nie zna już jego imienia, w pełni poświęcił się ochronie miasta. Gdy rosnące wymagania zaczynają go przytłaczać, presja wywołuje zaskakującą fizyczną przemianę, która zagraża jego istnieniu, podczas gdy nowy, niepokojący schemat zbrodni prowadzi do pojawienia się jednego z najpotężniejszych przeciwników, z jakimi kiedykolwiek się zmierzył.
Zobacz moją pełną recenzję na @ movieswetextedabout.com/spider-man-brand-new-day-movie-review-destin-daniel-cretton-delivers-peter-parkers-most-personal-story-yet
Ocena: A
SPIDER-MAN: CAŁKIEM NOWY…
Zobacz moją pełną recenzję na @ movieswetextedabout.com/spider-man-brand-new-day-movie-review-destin-daniel-cretton-delivers-peter-parkers-most-personal-story-yet
Ocena: A
SPIDER-MAN: CAŁKIEM NOWY DZIEŃ miał wszelkie predyspozycje, by stać się nadętą rundą honorową dla największych nazwisk MCU, a zamiast tego okazuje się najbardziej dojrzałą emocjonalnie i osobistą historią Petera Parkera, jaką dotąd otrzymaliśmy — taką, która traktuje swoją rozbudowaną obsadę jako narzędzia służące jednemu, bolesnemu pytaniu o izolację, tożsamość i cenę udawania, że nikogo się nie potrzebuje. Tom Holland nigdy nie był lepszy, Sadie Sink ogłasza się prawdziwą gwiazdą, a Destin Daniel Cretton dowodzi, że nawet w najbardziej zatłoczonym zakątku Marvela historia może w całości należeć do jednej postaci. Z jednymi z najlepszych scen akcji Spidermana, jakie widziałem, wybitną ścieżką dźwiękową Michaela Giacchino i znakomitymi kreacjami aktorskimi na każdym poziomie obsady, to zdecydowanie górna półka MCU.
nkuk
30. 07. 2026
50%
Nazwa „Całkiem nowy dzień" jest mocno myląca, w tym filmie nie ma nic nowego, wszystko to już widzieliście. Film naprawdę się dłuży, jest nudny i kilka razy kompletnie się wyłączyłem, w ogóle nie…
Nazwa „Całkiem nowy dzień" jest mocno myląca, w tym filmie nie ma nic nowego, wszystko to już widzieliście. Film naprawdę się dłuży, jest nudny i kilka razy kompletnie się wyłączyłem, w ogóle nie utrzymał mojej uwagi. Sprawia wrażenie dwa razy dłuższego niż w rzeczywistości, ciągnie się i ciągnie i ciągnie. Myślę, że Spider-Man działał lepiej, gdy był oddzielony od bezsensownego wspólnego uniwersum MCU, jest tu upchniętych kilka naprawdę żenujących momentów w stylu MCU. To nie jest zły film, to całkiem kompetentny przeciętny film superbohaterski — bohaterowie się przedstawiają, czarny charakter się przedstawia, potem superbohater wygrywa, ta sama fabuła co w każdym innym filmie o superbohaterach. Liczyłem na coś Naprawdę Nowego — tego nie dostałem.
Sejian
31. 07. 2026
70%
Podobało mi się to, ale mam kilka rażących zastrzeżeń.
UWAGA, SPOILERY:
1. Ile jeszcze razy będziemy to robić – tę !@#$ sprawę, gdzie bohaterowie po prostu nie mówią, o co im !@#$ chodzi? Połowę…
Podobało mi się to, ale mam kilka rażących zastrzeżeń.
UWAGA, SPOILERY:
1. Ile jeszcze razy będziemy to robić – tę !@#$ sprawę, gdzie bohaterowie po prostu nie mówią, o co im !@#$ chodzi? Połowę filmu spędziliśmy z Jean terroryzującą Petera tylko dlatego, że wszedł jej w drogę. Ani razu nie przyszło jej do głowy, żeby z nim porozmawiać i powiedzieć: „CI !@#$ MAJĄ MOJĄ !@#$ SIOSTRĘ, TY !@#$ DUPKU!”. Serio? Serio? Znowu odgrywamy scenę w stylu „RRAATTUUJJCCIIEE MMAARRTHĘĘ”?
2. Damage Control jest poza kontrolą od czasów WandaVision i Ms. Marvel. Jak, do cholery, mogą dalej działać bez żadnego nadzoru? I jak, do cholery, Metzger nadal jest na wolności? To jak Kingpin na koniec drugiego sezonu Daredevila: mnóstwo filozoficznych !@#$ gadek i żadnej sprawiedliwości. Żadnej sprawiedliwości dla Sary, żadnej dla Jean, żadnej za zbrodnie Metzgera.
3. Nie akceptuję wymówek typu „to drobiazg”. Czy wydarzenia z drugiego sezonu Daredevila były zbyt „drobne”, by Yelena mogła zagrać cameo? A gdzie jest Xavier? Czy dla niego też to zbyt „drobna sprawa”?
Może obniżę ocenę z 8 na 7, bo te „rażące zastrzeżenia” naprawdę mnie irytują.
Brent Marchant
02. 08. 2026
60%
Kiedy oglądam film, oczekuję, że mnie zabawi, oświeci i/lub poinformuje (niekoniecznie w tej kolejności albo wszystko naraz). Czego jednak *nie* chcę, to bycia traktowanym jak cel marketingowy. A to…
Kiedy oglądam film, oczekuję, że mnie zabawi, oświeci i/lub poinformuje (niekoniecznie w tej kolejności albo wszystko naraz). Czego jednak *nie* chcę, to bycia traktowanym jak cel marketingowy. A to jest niestety jeden z problemów wielu produkcji z Marvel Universe, w tym najnowszej odsłony serii o Spider-Manie. Biorąc pod uwagę zawiłą sieć własności (bez gry słów) w tym nakładającym się zbiorze franczyz superbohaterskich, praktycznie we wszystkich ich projektach filmowych dochodzi do znacznych przenikania się postaci i wątków fabularnych. Z tego powodu pewne krzyżowe zapylanie narracji jest nieuniknione. Ale gdy ta praktyka staje się kluczowym elementem budowania fabuł tych produkcji, zaczyna to przypominać bardziej manipulację marketingową niż uczciwe opowiadanie historii, jak ma to miejsce tutaj. Nie doceniam szczególnie wykorzystywania istniejących dzieł do celowego promowania nadchodzących produkcji. Sprawia to, że filmy stają się nieco szablonowe i sztampowe. I choć w tej odsłonie nie jest to doprowadzone do skrajności, mimo wszystko jest obecne, niezależnie od tego, jak bardzo reżyser Destin Daniel Cretton próbuje ożywić inne cechy wyróżniające, które mogły zostać wplecione w scenariusz. W istocie film kontynuuje obecną mitologię Spider-Mana, w której główny bohater Peter Parker (Tom Holland) działa głównie jako samotny, ukryty pogromca zbrodni w Nowym Jorku, ścigający czarne charaktery w świecie, w którym on sam i jego dawne osiągnięcia zostały celowo zapomniane w ramach bezinteresownej inicjatywy ochronnej. Tylko on zachowuje pamięć o tym, co było wcześniej, przez co pozostaje sam z tą wiedzą, ponieważ dawni znajomi, w tym jego dawna miłość M.J. (Zendaya), nie zachowują o nim żadnej osobistej pamięci. Powoduje to u niego pewne emocjonalne wyczerpanie, ale jest to też coś, na co nie ma czasu się skupiać, biorąc pod uwagę jego obciążenie pracą oraz fakt, że sam przechodzi własne przemiany, walcząc z groźną nową nemezis (Sadie Sink). To prawda, zyskuje pewną pomoc od dawnych superbohaterskich pobratymców (Mark Ruffalo, Florence Pugh), ale oni też go nie pamiętają, co ogranicza ich skuteczność. Czy zdoła przezwyciężyć te wszystkie wyzwania? To pytanie równie ważne dla widzów, co dla samego Spideya, biorąc pod uwagę, że w opowiadaniu tej historii wprowadza się wiele wątków narracyjnych (i to nie zawsze klarownie) – problem, który dręczy płynność materiału w pierwszej połowie. Może to potencjalnie utrudnić widzowi zrozumienie aż do końcówki filmu, gdy fabuła w końcu znajduje pewniejszy grunt, by opowiedzieć swoją historię (nawet jeśli część z tego nie zawsze jest odpowiednio wyjaśniona). Rozważny montaż mógłby tu pomóc, ale mogłoby to oznaczać przycięcie części materiału marketingowego dla przyszłych produkcji (a na to przecież nie możemy sobie pozwolić, prawda?). Krótko mówiąc, „Spider-Man: Brand New Day” najlepiej postrzegać jako przeciętną produkcję Marvela, oferującą momentami przyjemnie rozwinięte postacie, ale mimo to pokrywającą wiele terenu akcji i przygody, który widzieliśmy już w niezliczonych innych produkcjach studia, i który zdecydowanie skorzystałby na przemyślanym przycięciu swojego zbyt długiego czasu trwania 2:24:00. Zagorzali fani serii bez wątpienia to pokochają (lub praktycznie cokolwiek innego, co Marvel zdecyduje się wyświetlić) bez względu na wszystko, ale ja nie mogę się zgodzić z taką oceną. W końcu jest tu dość niezaprzeczalna ironia w odważnym sformułowaniu tytułu filmu, który zdaje się obiecywać coś nowego, ale nie dotrzymuje tej obietnicy tak dobrze, jak mógłby.
Używamy plików cookie do pomiaru ruchu (Google Analytics) i wyświetlania reklam (Google AdSense). Klikając „Zgadzam się”, pomagasz nam ulepszać treści na stronie.
Polityka cookies