Jeśli chodzi o letnie filmy, wielu widzów oczekuje zabawnych, szalonych przejażdżek – ucieczkowej rozrywki w najlepszym wydaniu. Jednocześnie jednak, gdy letni sezon filmowy zbliża się ku końcowi,…
Jeśli chodzi o letnie filmy, wielu widzów oczekuje zabawnych, szalonych przejażdżek – ucieczkowej rozrywki w najlepszym wydaniu. Jednocześnie jednak, gdy letni sezon filmowy zbliża się ku końcowi, wraz z nadejściem sierpnia oczekiwania zwykle spadają, gdy bez ceregieli wypuszczane są resztki sezonu. Ale co jakiś czas widzów czeka niespodziewana, przyjemna niespodzianka, gdy do kin trafia niepozorny, lecz udany tytuł. Dokładnie tak jest z najnowszym dziełem scenarzysty i reżysera Davida Roberta Mitchella, spielbergowskim retro-thrillerem science-fiction, który zręcznie przenosi elementy franczyzy „Park Jurajski” na przedmieścia lat 80., łącząc je z umiejętną mieszanką akcji trzymającej w napięciu i szalonego, miejscami kiczowatego humoru. Film śledzi losy rodziny Plattów – matki Denise (Anne Hathaway), ojca Grega (Ewan McGregor) oraz nastoletnich dzieci Audrey (Maisy Stella) i Briana (Christian Convery) – wraz z ich rozrabiającym, lecz pomysłowym psem, australijskim psem pasterskim o imieniu Starbuck. Z pozoru wszystko wydaje się w porządku, choć, jak wkrótce się okazuje, w domu tlą się pewne problemy (niesnaski małżeńskie, kłopoty finansowe, możliwy problem z alkoholem, rozwiane nastoletnie marzenia). Gdy jednak pewnej burzowej nocy pojawia się jasne, intensywne światło, świat Plattów wywraca się do góry nogami, kiedy ich okolicę nawiedza seria awarii infrastruktury wraz z pojawieniem się nietypowej roślinności – okazów, które wyglądają, jakby należały do wymarłych gatunków prehistorycznych. To jednak dopiero początek, bo po tym następuje pojawienie się dinozaurów. Nietrudno się domyślić, że mieszkańcy Oak Street są zszokowani tym, co odkrywają, i szybko przetrwanie i ucieczka stają się palącymi problemami. Ale jak? I co więcej, jak w ogóle do tego doszło? To pytania, przed którymi staje rodzina i jej sąsiedzi, gdy ich świat rozpada się na kawałki. Trzeba przyznać, że przesłanka tej historii jest stosunkowo prosta i miejscami staje się powtarzalna i wtórna. Te niedociągnięcia rekompensują jednak świetne sceny akcji i szalenie zabawne momenty, wiele z nich celowo przerysowanych i cechujących się umiarkowaną, lecz powściągliwą dawką dosadności (choć bardziej wrażliwi widzowie mogą mimo to chcieć odpuścić). Znajdziemy tu też typowe dla Spielberga motywy, jak zrzędliwy sąsiad (P.J. Byrne), życzliwa starsza pani z ulicy (Anne Gee Byrd), łagodna, lecz zaskakująco twarda kobieta w średnim wieku uzbrojona w broń (Emily Kuroda), sąsiedzki tyran (Hudson Meek) i piękna nowa sąsiadka (Jordan Alexa Davis) – wszystkie te wątki dobrze wpisują się w tok narracji i zostają wystarczająco domknięte do napisów końcowych. Ale być może największym zaskoczeniem jest to, jak film wplata subtelne, lecz skuteczne motywy, których nie spodziewalibyśmy się po takiej produkcji – przesłania związane z drugą szansą, odkupieniem i przebaczeniem, umiejętnie wplecione bez walenia widza po głowie (zasługa świetnie napisanego scenariusza). Na szczęście, choć wielu krytyków przyznaje, że film zawiera liczne pełne szacunku ukłony w stronę franczyzy „Jurassic”, większość z nich trafnie docenia wielką nostalgiczną zabawę, jaką ze sobą niesie, mimo zawziętej, głośnej mniejszości cynicznych kolegów po fachu, którzy twierdzą, że takie cechy to zwykłe kopiowanie klasycznych filmowych treści. Przypuszczam, że można patrzeć na to i tak, ale to tylko psuje zabawę, prowokując pytanie o metaforę szklanki w połowie pełnej albo w połowie pustej – ostatecznie sprowadza się to do własnego spojrzenia/wyboru. Co więc wybierzecie? Biorąc pod uwagę niedobór dobrych, rozrywkowych filmów o tej porze roku, moim zdaniem „The End of Oak Street” to prawdziwie mile widziany powiew świeżego powietrza w skądinąd zatęchłym pomieszczeniu – późnoletni tytuł, który naprawdę jest „dino-mitowy”.