Stare przysłowie mówi: „Never put the cart before the horse" (nie stawiaj wozu przed koniem) — obserwacja, której konsekwencje powinny być oczywiste. Dotyczy to również filmowania: gdy samodzielny…
Stare przysłowie mówi: „Never put the cart before the horse" (nie stawiaj wozu przed koniem) — obserwacja, której konsekwencje powinny być oczywiste. Dotyczy to również filmowania: gdy samodzielny film jest uznawany za inspirację dla nowej serii, twórcy muszą uważać, by nie wybiegać myślami zbyt daleko przed siebie. Innymi słowy, pierwszy film w planowanej serii musi być po prostu wybitny, by zasłużyć na kontynuację (lub kontynuacje) (wyjątkiem niech będzie „Star Trek"). Jeśli jednak twórcy pierwszej odsłony tak bardzo skupiają się na tym, co ma nadejść w ewentualnej serii, że nie dopracowują samego pierwszego filmu, to jakby strzelali sobie w stopę. I dokładnie to podkopuje najnowszy film scenarzysty i reżysera Na Hong-jina. Ten sci-fi film akcji i przygody śledzi w gruncie rzeczy nieprawdopodobne, miejscami wręcz szalone próby małomiasteczkowej południowokoreańskiej policji i innych bohaterów, by wytropić tajemniczego potwora siejącego spustoszenie w ich społeczności i okolicy. Problem w tym, że fabuła wyjaśnia niewiele z tego, co się dzieje, oferując zamiast tego zbiór klisz zestawionych bez większego namysłu — niemal brak tła fabularnego, chaotyczną i słabo skonstruowaną narrację, żałośnie tanie CGI, wątek oparty niemal wyłącznie na schematach, gorączkowe sceny akcji oraz absurdalny, miejscami wręcz niestosowny komediowy relief, a także więcej nadużywanych przekleństw niż w „Wilku z Wall Street" (2013). Choć film zaczyna się stosunkowo przyzwoicie, przypominając połączenie filmów o „Godzilli" z ludowym, swojskim klimatem „Fargo" (1996), to właśnie ten wstępny akt jest ostatecznie niewybaczalnie rozwleczony (budowanie napięcia to jedno, ale wiedzieć, że nadchodzi wielkie odkrycie, i czekać na nie 45 minut, to już przesada). A niestety, dalej jest już tylko gorzej — fabuła, która ma niewiele sensu, jest rozciągnięta do zdumiewających 2 godzin i 39 minut, przekraczając swój czas o niemal godzinę. Moją jedyną „nadzieją" w tamtym momencie było to, że film łaskawie zmierza ku jakiemuś spójnemu wyjaśnieniu — które niestety nigdy nie nadchodzi. I właśnie tutaj nacisk na to, co ma się znaleźć w przyszłych częściach serii, zaczyna szkodzić wiarygodności i spójności tego filmu. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, jak wysokie uznanie ta zbyt długa saga zyskała zarówno w kręgach krytyków, jak i na prestiżowym festiwalu w Cannes, gdzie film „Hope" niezrozumiale otrzymał nominację do Złotej Palmy, najwyższego wyróżnienia tej imprezy. Widzowie szukający rozrywkowego, strasznego kina w tym duchu mają do wyboru wiele innych, lepszych tytułów, takich jak „Szczęki" (1975), „Park Jurajski" (1993) czy niedawno wydany „The End of Oak Street" (2026). Obejrzyjcie lepiej jeden z nich.